Co się stanie jeśli na pewnej, określonej powierzchni umieścimy kilkoro ludzi otoczonych zewsząd nieskalaną przyrodą? Jak natura wpłynie na międzyludzkie stosunki, zachowania poszczególnych osobników? Czy panująca w przyrodzie harmonia wejdzie w interakcję z zasadą "każdy robi co chce"?

Takie pytania zacząłem sobie zadawać już tuż po przybyciu na Żernicę. Tegoroczny przyjazd nie odbył się bez przeszkód. W wyniku różnych ponurych splotów okoliczności (tj. mojego nonszalanckiego zachowania) wyjechaliśmy z domu bez ustalenia sposobu przekazania kluczy. Fakt ten wyszedł na jaw dopiero po przyjeździe do Leska. Ten drobny epizod powoli narastał do rangi problemu i mógł się stać zarzewiem konfliktu. Właściwie kłótnia wisiała już w przesiąkniętym elektrycznością powietrzu. Było gorąco,  duszno i parno. Zanosiło się na burzę. Na szczęście w dobie elektroniki, powszechnie dostępnej telekomunikacji, skontaktowanie się z kimś w Bieszczadach, nawet jeśli chwilowo przebywał poza zasięgiem telefonu komórkowego, nie stanowi problemu. Klucze się znalazły, a my nie musieliśmy na gwałt zmieniać urlopowych planów. Jedziemy tylko z Kubą, bo starsze nasze dzieci rozjechały się w różne strony świata. Czy pobyt w dzikim pustkowiu z podstarzałymi rodzicami, których ma się na co dzień, może być atrakcyjny dla  kilkunastolatka? Zdecydowanie NIE, toteż Kuba nie był specjalnie zachwycony naszymi pomysłami tym bardziej, że czary goryczy dopełniało kontuzjowane kolano: szlaban na rower, szlaban na bieganie, szlaban na kopanie piłki w czasie wakacji. Właściwie trudno mu się dziwić. Na szczęście zgodził się z nami pojechać jego kuzyn. W ten sposób skład naszej ekipy ostatecznie się skrystalizował: dwoje dorosłych, nawet bardzo dorosłych, ludzi i dwóch młodzieniaszków, którzy dobrze się czują w swoim towarzystwie.

Po przyjeździe na miejsce zapoznajemy się z fauną niezamieszkiwanego domostwa. Wszędzie słychać bzyczenie w różnych tonacjach całej gamy robactwa. Wietrzenie, sprzątanie, robienie porządków. Wszyscy wspólnie i każdy z osobna spontanicznie bierzemy się do roboty. Chłopcy losują gdzie kto będzie spał, bo w ich pokoju są dwa łóżka. My nie mamy tego problemu. Po rozpakowaniu idziemy na pierwszy spacer – rekonesans w kierunku górnej obory, górnego stawu. Niemiłosierny upał zapiera dech. Już to krótkie podejście uświadamia niektórym mieszczuchom ich braki kondycyjne. Z góry rozpościera się zapierający dech w piersiach widok. To pierwsze spojrzenie, jak pierwszy pocałunek, długo pozostaje w pamięci. Widać nową ambonę na Skale. Jeszcze nie pomalowana kłuje oczy, kontrastuje z zielenią łąki w przeciwieństwie do tej starej na Baligrodzkiej, która zszarzała skromnie wkomponowuje się w otoczenie. Rozległy widok rozpościera się na otwartą dolinę Ruchlina, najbliższe góry upstrzone łąkami i plamami lasów. Kryształowe powietrze drga pokazując termikę wykorzystywaną przez szybujące ptactwo. Zaskakuje panująca cisza. Absolutna. Wszechobecna. Zaczyna się chmurzyć. Czarne, burzowe obłoki napływają od strony Baligrodu. Jest ich coraz więcej. Wciąż napływają nowe. Wszystko zaczyna się dziać tak szybko, że zdaje się zapowiadać sporą burzę. Być może jeszcze większą niż ta poranna.

Zatrwożeni, w obawie przed przemoknięciem, chłopcy szybko zbiegają na dół do budynku. My postanawiamy jeszcze zejść nad stawy i w kierunku ruin cerkwi. Dolny staw jest zalany. Zamknięte zastawki grobli spiętrzyły wodę. Przeciska się ona szparami, przelewa górą. Szumiąc głośno strumyk wesoło gra melodię przeplataną cichymi pomrukami wydobywającymi się z głębi betonowego jazu. Idziemy w kierunku ruin cerkwi podziwiając zachłanną bujność roślinności, zachwycając się zapachem już nieco przekwitłej lipy. Niemal dwumetrowe przydrożne pokrzywy rosną nieopodal, w miejscu gdzie była kiedyś żydowska karczma. Podmuchy wiatru przyganiają zapach ogniska. To z pobliskiego wypału, gdzie nigdy nie trzeźwiejący Tadek zamienia bieszczadzkie drewno w bieszczadzki ... węgiel, skarb tej ziemi. No, w każdym razie paru facetów zbija na tym fortunę, a inni mają za co pić.

Pierwsze krople deszczu. Pojedyncze, malutkie, jak werble przed atakiem burzy, uświadamiają nam, że jednak może zacząć padać. Jaskółki jak oszalałe latają tuż nad ziemią. Otwarte okna w samochodzie, wietrząca się pościel, brak zaufania do chłopców czy zauważą deszcz, spowodowały, że robimy w tył zwrot i szybkim krokiem zmierzamy w kierunku budynku. Tu miła niespodzianka. Chłopcy zachowali się doskonale. Auto jest zamknięte, pościel wniesiona do wewnątrz, a oni w najlepsze bawiuniają się na podłodze – weseli, szczęśliwi, hałaśliwi. Całą historia z deszczem kończy się na paru grubych kroplach. Chmury przepędził wiatr. Znowu wyszło słońce.

Pora na kolację. Będzie wspólnie przygotowana sałatka z drobno pokrojonych warzyw: pomidory, ogórki, biała papryka, cebula, z minimalną ilością przypraw, bo tylko w takich ilościach występują w przyrodzie (zapomnieliśmy kupić). Do tego tuńczyk, pasztet, "czarny" i "biały" chleb.

Jakoś nikt nie ma ochoty rozpalać ogniska. Choć ma się już ku wieczorowi słońce jest jeszcze dość wysoko. Coś mnie korci, ciągnie do lasu na łowisko. To najlepsza pora aby zasiąść na ambonie, przygotować się do podpatrywania zwierzyny w jej naturalnym środowisku gdy wychodzi na żer. Chwilę walczę ze sobą: mam ich zostawić czy iść, wybrać samotność czy dotrzymać towarzystwa. Rozterka nie trwała długo - ten pierwszy wieczór poświęcę rodzinie. Wybierzemy się na wspólny wieczorny spacer. Komary dokuczają, tną niemiłosiernie. Ania-Zielarka znajduje na nie sposób. Wystarczą znaleziony przy drodze zioła: rumianek i mięta, wetknięte za uszy, dekolt, czy skarpety. Ich rozmieszczenie ogranicza jedynie wyobraźnia delikwenta. Wyglądamy jak komandosi z kiepskiego filmu sensacyjnego. Nie wygląd w tej zabawie jest ważny. Liczy się efekt końcowy. Ta mieszanka zapachowa skutecznie odpędza wszelkie robactwo – przestaje nam ono dokuczać. W pełnej harmonii z przyrodą, weseli, uśmiechnięci, szczęśliwi maszerujemy byłą topolową aleją (topól już nie ma) rozprawiając z ożywieniem o przejawach inteligentnego, adaptacyjnego zachowania się roślin, dostosowujących się do panujących warunków. Ten wspólny spacer jeszcze bardziej nas wszystkich integruje. Po wieczornej toalecie bez ogłupiającej telewizji idziemy spać.

Co może się wydarzyć jeśli z 800-hektarowej powierzchni zbierzemy w jednym miejscu całą miłość? Do czego może doprowadzić koncentracja z całej tej powierzchni w jednym miejscu, w tym samym czasie, całej namiętności? Po przekroczeniu masy krytycznej musi nastąpić wybuch, dojść do erupcji: nieobliczalnej, gwałtownej, dzikiej. Na taką chwilę trzeba czasami czekać pół wieku.

Noc była ciemna, parna i namiętna, przesycona miłością. Tylko ciekawski księżyc zaglądający do okna był jej świadkiem. Gra wstępna była długa. Wyraźnie sprawiała przyjemność obu stronom. Tak jak cały dzień, wszystko miało swoje miejsce i czas. Powoli, w kontrolowany sposób wchodziliśmy na obroty. Nie do końca znana nagość, bliskość rozgrzanych ciał po chwili zmieniła się w kipiel, wrzątek namiętności. W chwilę, która trwała pół nocy. W chwilę, w której trzęsienia ziemi następowały jak fale przypływu: rytmicznie narastały, by po osiągnięciu apogeum znowu powracać, jeszcze mocniej, jeszcze gwałtowniej, namiętniej. Wyczerpani, szczęśliwi, nasyceni zasnęliśmy nad ranem.

Takie chwile nie zdarzają się codziennie. Nie wszyscy ich doświadczają w swym życiu. Koncentracja uczuć miłości i namiętności dwojga ludzi kumulowana latami w szarym, codziennym życiu, ciułana z krótkich przyjemnych  chwil, spełniła się na pustkowiu. Wybuchła. Pozwoliła odkryć drugiego człowieka: oddanego, cichego, wiernego.

Zapewne takie chwile zdarzały się tu już, kiedyś, w przeszłości. Być może Żernica musiała oczyszczać się latami od ludzi głupich i złych. Być może czekała na właściwych - wybranych, czy raczej spragnionych, by odkryć swe oblicze, wzniecić namiętność, rozpalić żar uczuć, scementować ich związek, pozwolić odkryć się na nowo, poznać skrywane oblicza, jak drugą stronę księżyca.

Czy to wszystko zdarzyło się naprawdę? Ile w tym sennych majaków nieprzespanej nocy, niespełnionych marzeń, oczekiwań? Mara to czy sen?

Na śniadania jest filiżanka czarnej, pachnącej kawy przegryzana chrupiącym wafelkiem Do tego soczysta brzoskwinia. Zapach świeżo parzonej kawy miesza się z wonnościami naturalnie rosnących ziół tworząc eteryczną mieszankę. Szum potoku, śpiew ptaków, zieleń niekoszonych łąk, łagodna miękkość kształtów bieszczadzkich wzgórz: to są rzeczy realne, namacalne, konkrety.

Wszystko powoli wraca do normy, nabiera właściwych wymiarów. Ile z tej nocy pozostanie w nas? Na jak długo? Co wyniesiemy z tegorocznego pobytu tutaj?

Powoli budzą się domownicy i muszę kończyć moje spisywanie tegorocznej koncentracji miłości na Żernicy.

Pisałem w lipcu 2004